Marzec 2015

Witam Pańswa w kolejnym odcinku kolei losów fanklubowicza. Dzisiejszy odcinek nosi tytuł:

Nie mam czasu.

O ile mnie pamięć nie myli, gdy byłem uczniem szkoły podstawowej, w podręczniku do nauczania zintegrowanego była historyjka mniej więcej takiej treści:

Był sobie chomik. Bez przerwy pracował, magazynował ziarenka, układał pieczołowicie na odpowiednich miejscach swojej norki. Gdy przychodziły inne zwierzątka i zapraszały go do zabawy, on tylko mówił, że nie ma czasu – w istocie ciągle nie miał czasu, tak bardzo był zapracowany.
I tak w kółko – chomik ciągle będąc zaaferowanym ziarenkami i innymi dobrami materialnymi spełniał się życiowo czyniąc powyższe.
W końcu skończył swoją pracę i westchnął sobie dumnie „Teraz mam czas…”. A przechodząca obok wiewiórka szybko dodała „… ale nie masz przyjaciół”.

Czas jest dla mnie bardzo względny. Gdy wydaje mi się, że mam go pod dostatkiem i że zaplanowane zajęcia spokojnie wykonam, dwa telefony o poranku zdecydowanie zmieniają moje przekonanie. Cały misterny plan dnia leży i kwiczy, za to zewsząd dobijają się wilkołaki, które chcą ode mnie to i tamto, zaś niespodziewanie pojawiające się punkty programu za Chiny ludowe nie pozwalają zrealizować w pełni wcześniejszych założeń.

Z jednej strony sekunda jest zdefiniowaną jednostką czasu w układzie SI i nawet najbardziej tępy uczeń podstawówki czuje, patrząc na zegarek, ile to czasu.
Z drugiej zaś, a dostrzegam to obecnie, każda sekunda to nie tylko jednostka. Każda sekunda to skarb, to cud, to życie.

W ciągu sekundy przez moje naczynia krwionośne przepływa tyle krwinek, że ich liczby nie potrafię sobie wyobrazić. W ciągu sekundy procesor mojego laptopa wykonuje tak dużą ilość operacji zmiennoprzecinkowych, że mój mózg gotów jest stanąć w poprzek. W ciągu sekundy może stać się wypadek samochodowy, katastrofa lotnicza albo też może rozpaść się małżeństwo, choć tego ostatniego nie jestem pewien.

Minuta to 60 sekund, prawda? Dobra, weźmy 5 minut, 300 sekund. Liczba 300 już brzmi nieco majestatycznie, znamy bowiem legendę o 300 Spartanach, dzielnie broniących się przed najazdem armii perskiej dawno temu. O wartości sekundy mamy jakieś blade pojęcie, więc jaką wartość ma pięć minut?

W ciągu pięciu minut telefon dzwoni kilka razy, a uzyskane informacje rujnują mi plan dnia i zmuszają do wspięcia się na wyżyny elastyczności, żeby jakoś na nowo podzielić obowiązki.
W ciągu pięciu minut jestem w stanie na krzywy ryj dojechać do kościoła z domu, łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego, ale w sytuacji awaryjnej mogę zagrać nabożeństwo lub mszę, gdy jestem potrzebny.
W ciągu pięciu minut jestem też w stanie wsiąść do pociągu i wysiąść z niego 2 stacje dalej, gdy dostanę smsa, że ktoś potrzebuje mojej pomocy natychmiast, teraz, zaraz.
Także w ciągu pięciu minut jestem w stanie zrzucić zbędne kilogramy, przy okazji rozważając o życiu, rozwoju własnym i nie tylko.
W ciągu pięciu minut niestety z kolei nie jestem w stanie wziąć prysznica, bo zbytnio sobie cenię plusk i uczucie ciepłej wody.
Niestety także w ciągu pięciu minut nie jestem w stanie napisać dobrego tekstu, gdyż ani moje zwoje mózgowe nie pracują aż tak szybko, ani też moje palce nie grają na kodach w grę pt. „Szybkie pisanie na klawiaturze”.
W 5 minut byłem w stanie się przekonać o znakomitej wartości pewnych spotkanych przeze mnie osób, docenić ich niesamowite umysły, myślenie, bogactwo duszy i serca.
W 5 minut także byłem w stanie się przekonać o tym, jak bardzo niektórzy ludzie są niewarci mojej uwagi i poświęcania im cennego czasu.

Czy to nie zadziwiające? A to tylko 300 sekund…

Wracając do tytułu tekstu, oczywiście wszyscy mają mi za złe, że zawalam obowiązki. A to nieobrobione zdjęcia, a to artykuł na fanklub i notoryczne niezaglądanie na forum, a to pokój nieposprzątany, a to kotłownia zapuszczona (choć to akurat obowiązek mojego Brata), a to tamto i siamto. Dlaczego tak jest? Jak to się stało, że nagle zmaterializowało się tyle podmiotów, które domagają się mojej uwagi i poświęcania im czasu? Właściwszym pytaniem może będzie – uwaga – jakim cudem wcześniej znajdowałem czas na to wszystko i ogarniałem na bieżąco, a teraz nie potrafię?

Doskonale pamiętam czas liceum, gdy przez pewien okres miałem każdy – dosłownie każdy – dzień zaplanowany co do minuty od budzika do pójścia spać. Moja produktywność przekraczała wtedy wszelkie normy, mimo 6 godzin snu na dobę, wstawania o 4 rano, dwóch szkół itp. Co wtedy cierpiało? Życie towarzystkie – a raczej jego totalny brak.
Doskonale też pamiętam ostatnie 4 tygodnie (od obrony pracy inżynierskiej), kiedy każdy dzień był inny, non-stop było co robić, a zaległości jak były, tak są, a nawet urosły.
Moja głowa tego nie pojmuje, nawet nie chcę próbować zrozumieć, więc przejdźmy do sedna.

Wiele bym dał, żeby dorwać taką magiczną tabletkę, jak w GTA: Vice City, po której wzięciu czas zwalniał kilkukrotnie, za to percepcja i zdolności mechaniczne pozostawały takie same. W obecnej sytuacji, nie chcąc się przesadnie użalać nad swoim losem, tudzież tłumaczyć, pozostaje mi jednak wzięcie się w garść, spięcie pośladów i przywrócenie życiu dawnego ładu i porządku. Z pewnością sprzyjać temu będą studia, na które powróciłem. Z pewnością sprzyjać będzie też praca, albowiem znalazła się takowa. Chyba jednak będę musiał powrócić do sprawdzonych rozwiązań i zastosować częściowo minutowy harmonogram dnia.
A już na pewno pomoże mi FoodEmperor, który radośnie mi powie raz za czas (cyt.) „i nie bądź leniwym kutasem (…)” (patrz: filmik z YouTube). To takie motywujące…

Wychodzi więc na to, że istotnie mam czas – po prostu przez jakiś czas zachciało mi się być leniwym kutasem 😉

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę smacznego ciasta! 😀
Do następnego, Sapaczeq.

Dodaj komentarz