Maj 2015

Refleksje wiosenne.

Wiecie co? Bo ja już nie wiem…

Jedyne co mi się ostało z wiedzy, to w miarę nieźle utwierdzony i wypracowany system wartości oraz przekonanie o własnej wspaniałości – i nie jest to sztucznie nadmuchane ego, a obiektywne spojrzenie na to, co robię, jak robię i jak się kształtują moje relacje z ludźmi, dzięki których życzliwości i opinii wiem coś o sobie.
Ktoś powie, że wiedza to mizerna, bo przecież świat dziś techniczny i skomplikowany. Ja powiem, że w przypadku mojego punktu widzenia – jest to znakomity punkt odniesienia do budowania każdego dnia od nowa światopoglądu, spojrzenia na otoczenie – które każdego dnia pod wieczór efektownie, niczym pod wpływem wybuchu potężnej kumulacji dynamitu lub dobrej bomby jądrowej, rozlatuje się na wszystkie strony przy okazji ulegając dezintegracji na elementy wielkości mikrometra.

Dzisiejszy artykuł będzie podzielony na zagadnienia. Dlaczego? Nie wiem, bo taki mam kaprys. Albo dlatego, że studiuję i tam co chwilę są jakieś zagadnienia. Albo dlatego, że lubię zagadywać i gadać. Albo może też i dlatego, że gdyby za gadanie mi płacili (a nie płacą, niestety), to może mniej bym się pewnymi rzeczami przejmował i pracowałbym bardziej rzetelnie.

Do rzeczy.

Zagadnienie 1. Dlaczego nie powstał artykuł kwietniowy?

Długo zastanawiałem się nad odpowiedzią na to pytanie i niestety moja mądra głowa nie wymyśliła krótkiej i zwięzłej riposty, która dałaby się zakwalifikować jako wiarygodna.
Nie pamiętam nawet, kiedy wypuściłem do internetów ostatni tekst. Wiem, że w marcu, ale dokładnej daty za Chiny nie pamiętam…
Święta minęły, sensowna wiosna przyszła dopiero końcem kwietnia (w zasadzie to już w maju), a czy tu i ówdzie działo się coś godnego opisania? Działo się.
Tylko jak opisywać coś, co ma się na końcu języka jednego dnia, a drugiego najbardziej pasowałoby wcisnąć [Ctrl]+[A], a później [Del], spojrzeć jeszcze raz na pusty ekran, zebrać myśli i klecić wszystko od początku…

Zagadnienie 2. Dlaczego klecić wszystko od początku?

Bo zdałem sobie sprawę, że nie rozumiem świata.

Nie rozumiem, dlaczego to ja jestem nienormalny, a inni są normalni.

Zawsze sądziłem, że prawdziwego mężczyznę cechuje kultura, chęć pomocy, spokój, rzetelna praca i tym podobne cechy. Tymczasem okazuje się, że mój model codziennie konfrontowany jest z brutalną rzeczywistością (faktyczną i internetową), gdzie – tak naprawdę – za „prawdziwego mężczyznę” uważa się (lub kreuje?) kolesia z brodą, w kapelutku i okularach zerówkach, który zgrywa bohatera, ma ciasne spodnie, dwie kulki i armatkę, którą – mniej lub bardziej celnie – strzela gdzie popadnie lub nawet tylko trzyma w gotowości. Najlepiej jeszcze jak pali papierosa, ma mocną głowę do grania na giełdzie procentowej, dziewczyny lecą na niego, jak ładunki ujemne do dodatnich… A weź czasem zapytaj kogoś, jakie ma plany na przyszłość? „Yyy, no nie wiem”. To jeszcze zrozumiałe, bo trudno – będąc młodym – snuć domniemania o bliskiej lub dalszej przyszłości w tak dynamicznym świecie.
Ale weź zapytaj o zainteresowania i pasje. Odpowiedź: „Yyy… No w sumie też nie wiem”.
Kurka blacha.

Intrygującym wydaje mi się też pewne obserwowane zjawisko, które ktoś angielskojęzyczny ujął bardzo zgrabnie w słowie „hiberdating”.
W wolnym tłumaczeniu osoba posądzana o hiberdating poświęca całkowicie swoje życie, kolegów, przyjaciół – na rzecz chłopaka/dziewczyny, rzekomo z szacunku i poświęcenia. Inaczej mówiąc – z powodu związku, dla otoczenia staje się zahibernowana, vel niedostępna.
Ale jak – kurka – wytłumaczyć to, że nie da się z kimś już umówić na zdjęcia, na głupią herbatę, rozmowę, bo ktoś jest w związku itp.? Proszę wybaczyć, jeśli kogoś urażę. Jakkolwiek bardzo szanuję takich ludzi i doceniam ich decyzje, tak czarno widzę takie związki. Co jest złego w tym, że się pogada, pozna kogoś nowego? Czy od razu spotkanie nowej osoby musi oznaczać ostry seks na każdy możliwy sposób? Czy od razu propozycja wyjścia na herbatę oznacza podskórnie, że chcę z kimś iść do łóżka, a wtedy osoba będąca w związku czuje się zagrożona, że jej „miłość” jest wystawiona na próbę i w związku z tym kategorycznie musi mi odmówić? I jak mam się nie roześmiać komuś w twarz, gdy ktoś mi mówi, że nadal czuje się wolny i wszystko w jest w porządku?
Chryste Panie…

Mógłbym takie przykłady idiotyzmów codzienności, pieprzonej hipokryzji i wielu innych mnożyć i potęgować. Żeby jednak na czymś zgrabnie zakończyć zagadnienie 2., dodam jeszcze przykład z drogi.
Jadę sobie spokojnie 50 km/h. I proszę mi powiedzieć, kogo tak strasznie boli odbyt, że w terenie zabudowanym wyprzedza mnie na podwójnej ciągłej, przejściu dla pieszych, skrzyżowaniu (za jednym podejściem)? Jakie wrzody na żołądku trzeba mieć, żeby robić takie rzeczy, a później i tak dać się dogonić (gdy sam jadę nadal zgodnie z przepisami), bo następnego już się wyprzedzić nie dało?

Może ja naprawdę jestem nienormalny?

Zagadnienie 3. Wyluzuj, Stary, przyszła wiosna!

Tak, z tego faktu cieszę się ogromnie – i mówię to zupełnie poważnie.
Maj jest moim ukochanym miesiącem. Główne z tego powodu, że mam urodziny, ale oczywiście wszystkie pozostałe są równie istotne.
Drzewa się zielenią tym kapitalnym i niepowtarzalnym odcieniem zieleni, który widzę tylko w maju.
Kwiaty rozkwitają i cieszą moje biedne oczy, schowane za okularami, pięknymi i żywymi barwami, a te z kolei dają to wspaniałe uczucie, gdy moje policzki aż czują pojawiającego się na ryjku szerokiego banana, zwanego uśmiechem.
Zrobiło się ciepło i nawet, gdy niebo jest zachmurzone, wciąż mamy kilkanaście stopni Celsjusza powyżej zera, co pozwala na unikanie zimowej odzieży.
Zdecydowanie widać działanie pierwszej zasady wiosennej termodynamiki (dla nieznających się, przypominam „Dni coraz dłuższe, spódniczki coraz krótsze”), co bardzo cieszy oko i duszę, pod warunkiem zachowania dobrego smaku i kultury – co jednak problemu nie stanowi.
Na drogi wyjeżdżają przeróżne samochody, które normalnie zimują w garażach albo są cierpliwie hołubione przez właścicieli. Ostatnio posłałem kciuka kierowcy uroczego Fiata 127 na zółtych tablicach, autko w kolorze wiosennej zieleni. Coś pięknego. Tenże kierowca uśmiechnął się i odkciukował 😉
Jako że wszędzie ciepło i pięknie, można dużo aktywniej operować aparatem fotograficznym. I tak w ciągu 1,5 tygodnia zrobiłem 4 sesje zdjęciowe, każda z różnych powodów dla mnie ważna, na każdej wiele pięknych zdjęć, niesamowita przyjemność ich robienia, później powtórzona przy obróbce i przeżywaniu tego samego po raz kolejny.
Samo wstawanie z łóżka stało się przyjemnością, gdy każdego (praktycznie) dnia budzi mnie wschodzące Słońce, a nie budzik.
I aby znów nie rozpisywać się zanadto, a zamknąć rozważania zgrabnie, dodam, iż w Programie 1. Polskiego Radia maj jest miesiącem polskiej piosenki, co pozwala mi usłyszeć przeboje normalnie słyszane raz na ruski rok, abstrahując już od kawałków, których w ogóle wcześniej nie kojarzyłem lub zasłyszałem raz czy dwa, a okazują się dokładnie przewracające mi w głowie. Efekt tego jest taki, że chodzę sobie i podśpiewuję, co normalnie u mnie przydarza się tylko i wyłącznie wtedy, gdy wszystko jest absolutnie w porządku. Wyciągnijcie więc wniosek z leczniczej działalności muzyki, biorąc pod uwagę zagadnienie 2.

Zagadnienie 4. Fajnie piszesz, ale nie uwierzę, że w istocie cały czas się opierniczasz. Gdybyś robił coś konkretnego, nie miałbyś czasu na zdjęcia, pisanie, obserwowanie świata.

Błąd!
Otóż studiuję dziennie, a po godzinach pracuję – zdarza się czasem nawet jakiś wyjazd służbowy na serwis, czy inne sprawunki.
A propos zbijania bąków, ostatnio doszedłem do ciekawych wniosków. Bywają sytuacje, gdy jestem źródłem lenistwa, a kiedy indziej jestem ofiarą „lenistwa”, które może wynikać z dezorientacji i zmęczenia materiału.
Pierwsza sytuacja przydarza się wtedy, gdy czynności do zrobienia jest mało i spokojnie wszystko ogarnąłbym w dyspozycyjnym czasie operacyjnym, ale że spraw jest mało, to mi się nie chce. Wówczas czuję się źródłem lenistwa, któremu dodatkowo pomaga prokrastynacja.
Ofiarą lenistwa jestem zaś wówczas, gdy do zrobienia mam tak dużo, że nie wiem, w co włożyć ręce. A to sprawozdania na uczelnię, a to jakaś dokumentacja, a to zaległości foto, a to gdzieś zadzwonić, załatwić, mejla napisać, blah, blah, blah… Wtedy włącza się czerwona lampka podpisana „za dużo”, organizm wchodzi w tryb awaryjny i nie robi nic – ostatnim rozkazem jest bowiem natychmiastowa dezaktywacja mózgu, która kończy się wyrżnięciem głową w klawiaturę komputera lub przyjęciem postawy zombie, lub też – jeżeli świadomość na to pozwala – szybkim ewakuowaniem się do pozycji horyzontalnej…
Czuję się permanentnie przemęczony, ale – patrząc na zagadnienie 3. – zauważam poprawę z każdym dniem. Wiosna i nowe zdjęcia pozwoliły mi chwycić wiatr w żagle, co także pozwala mi nieco lepiej walczyć z dowolną z dwóch opisanych sytuacji, związanych z Leniem Patentowanym.

Kolejne zagadnienia opiszę wkrótce, jeśli tylko uda mi się wygospodarować czas i moc obliczeniową mózgu na skierowanie do mięśni palców sygnałów, pozwalających sklecić na ekranie komputera jakieś poprawne składniowo zdanie w języku ojczystym.
Do znowu! 😉

PS. W jednym z pierwotnych pomysłów ten artykuł miał mieć tytuł „Czas na mnie”, co miało odzwierciedlać moje zażenowanie skrajnym niedopasowaniem mojej osoby do społeczeństwa – inaczej mówiąc, chciałem po prostu siedzieć na trawie w ogrodzie i mieć wszystko w… sami wiecie gdzie.
PPS. W innej z kolei wersji artykuł miał odnosić się do piosenki Zbigniewa Wodeckiego „Znajdziesz mnie znowu”, bo na szczęście każdego dnia odnajduję coś, dzięki czemu przeżywam dzień i mogę się uśmiechnąć. A dzień bez uśmiechu jest dniem straconym.

Dodaj komentarz